Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część I czyli dlaczego Włochy.

– Nie wezmę ślubu w tym obskurnym USC* – mówię zdecydowanie.
– Nie podoba się Tobie ten barak? – ironicznie pyta Marcin. – To może Śródmieście?
– Tam wszyscy biorą ślub – odpowiadam wiedząc dobrze, że to najgłupszy argument jaki mogłam wymyślić na poczekaniu.
– Kazimierz Dolny? – Marcin zawiesza głos spoglądając na mnie tak, że bez chwili zastanowienia ląduję myślami w Kazimierzu Dolnym w czasach “przed dziewczynami”.
– Może byłoby i fajnie, ale tam zawsze jest pełno ludzi. – odpowiadam. I nie przyznając się nadal siedzę w Kazimierzu, który naście lat temu, przez te kilka dni, był tylko nasz. I jestem gotowa przysiąc, że prawie nie było w nim ludzi. A może to nas nie było wśród ludzi? Na myśl wspólnie spędzonego tam czasu uśmiecham się sama do siebie .
– Mam! Włochy! – prawie krzyczę.

Patrzę na minę Marcina i właściwie nie wiem kto jest bardziej zdziwiony pomysłem. Ten zaś niepewnie bada grunt.

– Włochy, powiadasz – wypowiada tę kwestię bardzo powoli.

Dla niewtajemniczonych – brzmi to mniej więcej tak: “Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, nie oceniam. Jestem nastawiony pokojowo. Chcę tylko wiedzieć z czym mam do czynienia.”

– Dobre wino gwarantowane, dobre jedzenie też. Weźmiemy dzieci, świadków – argumentuję też samej sobie wybór.
– O! Dawid będzie świadkiem – kontynuuję. Jedna osoba mniej – dodaję w duchu.
– No i fotograf musiałby być – znacząco kończę wypowiedź.

Przeciągłe “Nooooo” – to było wszystko na co było stać Marcina w tamtym momencie.

013 Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część I czyli dlaczego Włochy. Matrimonio

Przez kolejne dwa tygodnie systematycznie dzielę się znalezionymi w internecie informacjami dotyczącymi ślubu we Włoszech. Od formalności poprzez usługi, noclegi, lokalizację. Ale nie było chwili zwątpienia. Im dłużej szukałam tym bardziej byłam przekonana, że pomysł jest jedyny właściwy. Rano ślub braliśmy w Toskanii, popołudniu gdzieś pod Rzymem a kolejnego dnia w przepięknej Kalabrii. Sienna, Florencja, Montepulciano, Grottaferrata, Anzio, Frascati, Tropea – gdzie ja nas nie widziałam. Przejrzałam dziesiątki zdjęć. Para młoda wśród winorośli, w gaju oliwnym, w toskańskim słońcu, na wzgórzach, nad morzem. Lokalne urzędy odwiedzałam z pomocą Google Street View. Każdy piękny na swój sposób.

01-4 Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część I czyli dlaczego Włochy. Matrimonio

W końcu oboje zaczynamy wysyłać maile. Kompletujemy dokumenty.
Kilka dni później dzielę się pomysłem z synem.

– Nooo – komentuje właściwie bez emocji.

Zarzucam go tym wszystkim, co już udało nam się ustalić.

– Nie mamy jeszcze tylko miejsca – kończę wypowiedź.
– A wiesz mamo, że to chyba fajny pomysł – mówi Dawid, który najwyraźniej “już” przetworzył pozyskaną informację.
– Do dziś mam w pamięci smak spaghetti al pomodoro u Maurizio. Nigdy później nie jadłem tak dobrego spaghetti. O, znowu sobie zjem włoskiej kuchni – uśmiecha się przekornie.
– Rety… kiedy to było? – zaczynam szukać w pamięci. – Czekaj, ty miałeś 13 lat?
– Ano – potwierdza.
– To był nasz pierwszy wyjazd do Włoch. Jeszcze Weroniki nie było. 2005 rok. Apartament na tyłach restauracji. Tam była taka huśtawka, pamiętasz? Z Laurą siadywałeś na niej.
– Oj tam mamo huśtawka! Jedzenie! To była najlepsza rzecz, która tam była.

Moja pamięć przywołuje krótkie obrazy. Nic nie układa mi się w całość. Przed oczami mam pocztówki. Wzgórza. Fragment ulicy w Siennie. Jezioro. Droga wzdłuż jeziora. Winnica. Mała Laurunia na pomoście. Drzewa oliwne. Dawid na huśtawce.

– A dlaczego wy właściwie nie chcecie tego ślubu u Maurizio? – pyta Dawid po chwili. – Restauracja pierwsza klasa. Apartamenty przy restauracji. I moje ulubione spaghetti al pomodro. Masz coś w lodówce mamuś? Głodny się zrobiłem – szczerzy zęby lustrując już lodówkę, albo odwrotnie.

Jeszcze tego samego wieczoru Marcin pisze maila do Maurizio.

* – Urząd właściwy ze względu na adres zamieszkania.