Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część VI czyli prewedding session.

– A masz zdjęcie podwiązki ? – pytam.
– Ale Bartek nie może mi robić zdjęcia podwiązki – odpowiada Sławka unosząc brew.
– To ja ci zrobię zdjęcie – Marcin uśmiecha się znad kieliszka wina do Sławki.
– Ty to ją zdejmiesz, a ja chcę zdjęcie!
– No to mów, że o fotografię chodzi…

To ja się napiję – myślę sobie zatapiając ust korale w szkarłatnym płynie.

DSC_9431 Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część VI czyli prewedding session. Matrimonio

Pomysł z sesją przed ślubem to był strzał w dziesiątkę. Tylko nikt się chyba nie spodziewał, że to tyle potrwa. Oprócz Bartka. No i może Marcina. No dobra, my ze Sławką nie sądziłyśmy, że zajmie nam to tak dużo czasu…

Niezgodnie z planem i założeniami lądujemy ze Sławką przed lustrem już około południa. Koncepcja wykonania makijażu najpóźniej o 9:30 jakoś nie doszła do skutku. Oczywiście jest winowajca. Żelazko!!!! Babci Maurizio, chyba – choć pudełko mogłoby wskazywać na czasy współczesne. Ja pierdzielę. Można by napisać powieść kryminalną z żelazkiem w roli głównej, które posłużyło jako prehistoryczne narzędzie zbrodni w XXI w.

Umbria-wedd-demo-0017 Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część VI czyli prewedding session. Matrimonio

fot. Bartek Dąbrowski

Stoimy w salonie przed ogromnym lustrem i wykonujemy makijaże. Za nami, na stole rozwalone, to najodpowiedniejsze określenie, kosmetyczki. Podkłady, pudry, korektory, cienie, pędzle, róże, szminki i błyszczyki. A i jeszcze lakiery do paznokci i do włosów. Na podłodze czerwona walizka, a w niej pantofle, wianki, szczotki, chusteczki, woda mineralna. Jakież my cudne. Spoglądamy na siebie.
– No nie wiem – mówi Sławka.
– Ale co nie wiesz? Że co, że dramat? – pytam – łapiąc małe lusterko i patrząc z przestrachem w jego taflę.

Przyjechał Marcin z Bartkiem.
– Sławka, gdzie masz pantofle? – pyta Bartek – chciałbym im zrobić kilka zdjęć.
Zerkam na Sławkę i na Marcina. Aha, myślę sobie, Bartek jeszcze nie widział butów.
Sławka sięga do walizki, którą naszykowałyśmy na sesję i wyciąga pantofle. Podaje je Bartkowi. Mina Bartka – bezcenna. Unosi brwi, patrzy, sądzę, że jednak z podziwem i zamiera w pół słowa. Sławka zaczyna się śmiać.
– Coś nie tak z butami? – pyta.
– Nie, no są super, takie kolorowe – dopowiada Bartek wypowiadając słowo kolorowe, jakby je literował.
– A wiesz, ile było zamieszania – rzucam w przestrzeń.
– Ale Marcinowi się podobały – wtrąca Sławka.
– I całe szczęście, bo jak nie to mielibyśmy historię „lila róż dupę”.
– Zeta Ypsilon – Sławka zerka na mnie – no.
– No – dopowiadam przesyłając jej najpiękniejszy ze swoich uśmiechów.

Pakujemy gadżety do samochodów. Najpierw lunch u Maurizo. Potem zdjęcia w Magione.
Krótko z czasem. A jeszcze mamy umówione spotkanie u najlepszego w mieście fryzjera, żeby domówić szczegóły fryzur i makijaży. Nie jest chyba zaskoczeniem, że fryzjera poleciła mama Maurizio. Dobrze, że będzie z nami Darek. Dzisiaj. Bo jutro go nie będzie i ja nie wiem. Z pewną dozą nieśmiałości patrzę w przyszłość, jutrzejszą.

umbria-story-0019 Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część VI czyli prewedding session. Matrimonio

fot. Bartek Dąbrowski

Ostatnie zdjęcia na pomoście Lago Trasimeno. Dziewczyny pałaszują lody a Darek już na nas czeka.
Znaczy się czas na wizytę u fryzjera. Dawid idzie z nami. Postanowił, że chce poprawić fryzurę. No dobrze, to zobaczymy co nas czeka. Dzwonimy domofonem, słyszymy sygnał i drzwi otwierają się. Na przywitanie wychodzi sympatyczny pan. Wita się z Darkiem i z nami. Jezu, przemyka mi przez myśl, będzie nas malował ten pan. I mdleję. Prawie. Z gorąca.

– Siadajcie – Darek wskazuje na krzesła – On się zaraz zajmie Dawidem. A wasza pani skończy tylko czesać i zaraz do nas przyjdzie.
Mija chwila i z głębi zakładu wyłania się tleniona blondynka z trwałą na głowie. Ma na sobie biały fartuch umazany farbą. Wygląda sympatycznie. Wita się z nami. Ustalamy, która z nas to młoda, a która świadkowa, która jaką chce fryzurę i jaki makijaż. Ustalamy również godzinę wizyty w dniu jutrzejszym. Zdecydowanie zbyt wczesną, ale biorąc pod uwagę konieczność posiadania dodatkowej godziny na wszelki wypadek, odpowiednią.
Tymczasem Dawid siada na fotelu a pan z wirtuozerską wręcz precyzją brzytwą i nożyczkami przycina, wygala, podcina i tworzy. Na koniec całość dopełnia, na moje oko, mniej więcej kilogram pomady, żelu czy też innej brylantyny. I oto mamy Dawida w nowej odsłonie, włoskiej odsłonie. Jest pewne, że przez najbliższe kilka dni Dawid nie będzie musiał układać fryzury. Ale złego słowa nie można powiedzieć, pan fryzjer wydobył fryzurą wszystkie atuty Dawida.

– 22:00 no dobra – idziemy spać. Jutro pobudka o 6:00.