Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część III czyli będąc petentem we własnym kraju

Wizyta w „urzędzie właściwym ze względu na adres zamieszkania”, w celu skompletowania niezbędnych dokumentów, właściwie nie zasługuje na ani jeden wers. Ale stanowi taki kontrast do tego wszystkiego co działo się wokół ślubu, że nie sposób ją pominąć.

P1030214 Ślub na granicy Umbrii i Toskanii. Część III czyli będąc petentem we własnym kraju Matrimonio

Czwartek, godz. 09:30. Parkujemy samochód pod obskurnym barakiem z kratami w oknach. W środku jest szaro i ponuro. Starszy pan – ochroniarz, a może recepcjonista – rzuca bełkotliwie:
– W jakiej sprawie?
– Dzień dobry. Zaświadczenie do ślubu za granicą jest nam potrzebne – odpowiadam, niepewnie się uśmiechając.
– Pierwsze piętro, pokój 15.
Słowa „dziękujemy” pan już nie słyszy, bo wraca do swojej nory.

Na piętrze odnajduję miejsce, z tych, co to nie zmieniają się od lat. Tym razem w negatywnym tego słowa znaczeniu. Na podłodze całkowicie wyblakłe linoleum. Wzór, niezliczone ilości ludzi przemierzając ten korytarz wzdłuż i wszerz, chodząc od pokoju do pokoju, przestępując z nogi na nogę w oczekiwaniu na swoją kolejkę, wyniosły na spodach swych butów.

Metalowe, odrapane drzwi do pokoju pod którym siedzimy, otwarte są na oścież. W przejściu klęczy pan, któremu z ust wystaje kilka sztuk małych gwoździków. Biurowa wykładzina dywanowa, na oko lata 80-te, oddaje nitkę po nitce przy próbie zmuszenia jej, aby dała się przyczepić do podłogi i pozwoliła zamknąć spokojnie drzwi.

Przyglądam się ścianom wymalowanym farbą olejną, która odeszła już w wielu miejscach i wiele lat temu. Po mojej lewej stronie, na końcu korytarza znajduję wysokie drzwi. Z daleka widać, że dawno nie były malowane. Od schodów do drzwi prowadzi kawałek wykładziny w spłowiałym, czerwonym kolorze. Nad drzwiami wisi napis „Sala Ślubów” choć każdy inny pasowałby tu bardziej.

Po korytarzach kręcą się urzędnicy. Parami. Na kawę. Z kawy. Na papierosa. Z papierosa. Na pogaduchy na półpiętrze. Z pogaduch. Siedzimy około 30 minut. Czekających z nami przybywa. Co jakiś czas otwierają się drzwi rożnych pokoi. Ludzie wchodzą, wychodzą. Zabijam czas próbując zgadnąć, które drzwi teraz się otworzą. Docierają do mnie strzępki prowadzonych rozmów. „Jeszcze nie. Czegoś brakuje. A jak malutka? Śpi?” „No nie wiem. Pani poszła zapytać do pokoju obok”. Ktoś podnosi głos wyraźnie rozczarowany czasem oczekiwania. Ktoś inny retorycznie pyta głośno sam siebie ile czasu może trwać podpisywanie dokumentu.

Do „naszego” pokoju wchodzi pani urzędniczka z naprzeciwka. Po kilku minutach nasza kolej.

– Takie rzeczy to tylko z naczelnikiem – urzędnik wskazuje na pomieszczenie obok.

Podążam wzrokiem za palcem. Przez otwarte drzwi, w pierwszej kolejności, dostrzegam koszulę, która natychmiast przywołuje w mej pamięci obrazy. Lata 80-te, rzędy straganów z koszulami. Prym wiedzie non iron dokładnie w ten sam wzorek i w tym samym kolorze.

W pokoju u pana naczelnika siedzi rozbawiona pani z naprzeciwka. Oboje stajemy w drzwiach. Naczelnik nie spuszczając wzroku z monitora rzuca:
– Proszę poczekać na korytarzu.
– Ale my już czekamy dość długo – mówi Marcin.
– 45 minut już czekamy – dodaję.
– Jestem zajęty. Proszę wyjść – naczelnik w tym samym, nieuprzejmym tonie, ze wzrokiem tępo wlepionym w monitor, domaga się opuszczenia pokoju.

Wyrzucam z siebie wiązankę przeplataną wzniosłymi zwrotami o służbie dla obywateli, urzędnikach opłacanych z podatków, których pewnie pan i tak i tak nie rozumie i wybiegam z urzędu.

Wracamy następnego dnia. Po przenalizowaniu sytuacji okazuje się, że nie mamy wyjścia. Tym razem, o dziwo, wchodzimy bez czekania.

Pan naczelnik jednym placem prawej ręki wystukuje litery na klawiaturze. Puszczamy mimo uszu jego komentarze, w duchu ciesząc się, że nie będziemy musieli już tu więcej przychodzić. Po godzinie wreszcie dostajemy upragnione „Zaświadczenie o możności prawnej do zawarcia małżeństwa za granicą”.

Po tych doświadczeniach, konsula w Rzymie „na klatę” bierze Marcin.
– No chyba ministrowi Sikorskiemu na wall’u napiszę – krzyczy do mnie schodząc po schodach.
Ton jego głosu jest na pograniczu radości i ironii. Na wszelki wypadek nie zadaję pytań. Czekam.
– Rozmawiałem z konsulem. Podał mi nawet numer swojego telefonu komórkowego – śmieje się Marcin. – Wszystko ustalone. Trzeba zamówić kuriera i wysyłać dokumenty. „Nulla osta matrimonio” odeślą już do Darka.

Polak dobrym urzędnikiem jest. Szkoda, że za granicą tylko.